wtorek, 1 grudnia 2009

A taki cheder znacie?


Powinnam właściwie napisać "Cheder". To kolejne magiczne i uwielbianie przeze mnie miejsce na krakowskim Kazimierzu, w sercu dawnej dzielnicy żydowskiej. Oficjalny adres - ul. Józefa, wejście od ul. Jakuba. Tak jest ciekawiej i bardziej kolorowo. Zupełnie jak w środku. "Cheder" to inicjatywa Stowarzyszenia Festiwal Kultury Żydowskiej, inicjatywa całoroczna, w przeciwieństwie do festiwalu, który trwa tylko tydzień, czyli stanowczo, stanowczo za krótko.


Na co dzień kawiarnia, w której można także co nieco przekąsić i biblioteka - najwspanialsza, bo bez zapisów, kart, prolongat - po prostu podchodzi się do regału, wybiera książkę, na którą ma się ochotę, siada się i czyta - przy kawie i pysznościach. Ewentualnych nieuczciwych czytelników (w Polsce żyjemy, w Polsce!) dyscyplinuje elektroniczna bramka ustawiona przy wyjściu z lokalu. Prawie nie ma tygodnia, aby popołudniową porą w "Chederze" nie odbywały się koncerty, wykłady, pokazy filmów, warsztaty. Nie napisałam najważniejszego, choć pewnie nazwa lokalu, a i charakter tego bloga nie pozostawiają wątpliwości, że... wszystkie książki i imprezy poświęcone są tematyce żydowskiej.

To jeszcze nie koniec. "Cheder" mieści się w budynku XIX-wiecznej modlitewni, należącej do Chewra Ner Tamid - Bractwa Wiecznego Światła. Mądrze i pięknie i tak właśnie tam jest. Całości dopełnia przemiła obsługa, troszcząca się na przykład o to, czy światło do czytania jest wystarczająco dobre. Nie sposób nie wspomnieć o muzyce, która w "Chederze" rozbrzmiewa zawsze (jeśli nie na żywo, to z płyt), a jest tak rzewna, tak rzewna, jak... tylko żydowska muzyka być potrafi.


Któregoś pięknego dnia (chwyt stylistyczny, coś jakby "za górami, za lasami..." lub "dawno, dawno temu..."), a był to poniedziałek (tak, jakby poniedziałek mógł być piękny) pędziłam ulicą Józefa w stronę "Chederu". Biorąc pod uwagę, iż jest to długa ulica, a ja przemierzałam ją od samej Krakowskiej, miałam sporo czasu na takie oto "wizje": wjeżdżający na stół talerz śródziemnomorskich przekąsek, unoszący się w powietrzu zapach świeżej mięty, rozbrzmiewająca tęsknie sefardyjska melodia. Bardzo tego potrzebowałam po ciężkim dniu w pracy. Ostatni kwartał budynków, ostry skręt w lewo i... ciemno, głucho, kłódka. Rozpacz! Rozpacz! Zamknęli, zlikwidowali, gdzie ja się teraz i potem, i już zawsze podzieję?! Na szczęście dla mnie, minimum z dwóch powodów (kardiologicznego i psychiatrycznego) okazało się, że nikt "Chederu" nie zamierza likwidować. W poniedziałki zwyczajowo nieczynne, ot co.

W "Chederze" bywają sami mili klienci (ale sobie słodzę, no nie?;): spokojni, skupieni, zasłuchani, zaczytani - rozsmakowani, rzekłabym. Gdy wejdzie ktoś nastawiony na "zwykły" lokal (gdzie się pali, pije piwo i przekrzykuje popularną radiową stację powiadamiając kompanów o wyjściu do toalety), czuje się nieswojo. Zawraca od progu, lub stoi przez moment niezdecydowany, tocząc wkoło przerażonym wzrokiem, w końcu wychodzi. I dobrze. Zostają ci spokojni, skupieni, zasłuchani, zaczytani i... jest tak, jak ma być.

Pragnę podkreślić, że nikt nie zlecił mi napisania tego tekstu :), nikt mi za niego nie zapłacił, ani nie zapłaci, a te wszystkie "peany na cześć" płyną z głębi mojego wdzięcznego serca. "Cheder" kocham i jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało, jest wyznaniem tyleż prostolinijnym, co szczerym. Uważam, że należy chwalić, co tylko pochwalić można (z krytykowania każdy Polak ma już doktorat), a "Cheder", jego twórcy, pracownicy i goście (np. prelegenci) bardzo na to zasługują.

Resztę niech dopowiedzą zdjęcia.

Szyld nad wejściem do "Chederu". Aszkenazyjski motyw lwów (m. in. symbol najsilniejszego plemienia Izraela - Judy) jest znakiem rozpoznawczym lokalu.

Herbata po izraelsku: czarna z dodatkiem prawdziwej mięty (ach ten zapach i smak!). Piotr nazywa ów napój mało romantycznie: herbatką z glonem :)

W "Chederze" można delektować się talerzem śródziemnomorskich przekąsek na równi z estetyką wnętrza.

Za barem. Na pierwszym planie gorąca czekolada, na drugim - izraelskie wina.

Za barem. W głębi reprodukcja zdjęcia ortodoksyjnej Żydówki autorstwa Ignacego Kriegera, Kraków, XIX wiek.

Za barem. W "Chederze" można zjeść smakowite ciastko...

Coś ładnego znajdzie się też nad głowami.

Gazety rzucają sympatyczny cień...

Jeden z "Chederowych" kącików. Nad fotelami plakat reklamowy tegorocznego Festiwalu Kultury Żydowskiej.

Świetlna menora.

Tak pięknych regałów nie mam, książki - owszem. Co najmniej 1/3 "Chederowych" tytułów powtarza się w moim domowym zbiorze.

Motyw lwa na "Chederowych" meblach.

Lampka chanukowa.

Moja ukochana "Chederowa" książka (tej w domu nie mam, a szkoda). Czytam "na raty" i dość wolno, gdyż mój angielski jest so-so.

W "Chederze" serwują także izraelską kawę (m. in. z kardamonem i cynamonem) w mosiężnym findżanie.

Oto i on. W całej okazałości.

Na oknie stoi koszyk z tematycznymi (judaizm) ulotkami reklamowymi / informacyjnymi, oraz programem wydarzeń kulturalnych "Chederu".

Po tym zdjęciu zrozumiecie wszystko! Jest to jedna z kuchennych ścian w moim mieszkaniu. Kolor "zgapiony" z "Chederu" :)

Czujecie niedosyt "Chederowych" uroków? Zapraszam tu.

Pojęcie cheder było już wyjaśniane, pora na ner tamid. W języku hebrajskim - "wieczne światło" - lampka zawieszana w synagodze w pobliżu aron ha-kodesz, synagogalny odpowiednik menory w Świątyni Jerozolimskiej.

15 komentarzy:

  1. klimatyczne, piękne miejsce
    będąc w Krakowie nie omieszkam wpaść na miętową herbatę,
    nie w poniedziałek oczywiście ;)
    pozdrawiam Olu

    OdpowiedzUsuń
  2. tak ciekawie to opisalas i pokazalas ze chetnie tam teraz bym poszla :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zauroczyłaś mnie tym miejscem! Niestety, do Krakowa daleko, daleko, ale dla samej świetlnej menory warto by zajechać. Przy najbliższej okazji nie omieszkam. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Magiczne miejsce:) Opisałaś je tak zachęcająco, że z całą pewnością tam się wybierzemy. Mały pech, nie dalej jak w ub.tygodniu byliśmy w Kraku (nawet dwa razy), i to całkiem niedaleko, sądząc z opisu. Gdybyśmy wiedzieli! Ech.
    Mam nadzieję, że opiszesz jeszcze inne ciekawe krakowskie zakątki-powinnaś pisać przewodniki:)
    A propos Chanukka (Hanukkah?), to już niedługo z tego co się orientuję, gdzieś w połowie grudnia?

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj jak cudnie... To musi być fantastyczne miejsce... Szkoda, że mam tak daleko, ale jeśli zawitam do Krakowa to z pewnością się tam zjawię.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Drogie Dziewczyny,
    Dziękuję i zapraszam!

    Ollu, mam jeszcze w zanadrzu kilka miejsc;)
    Co do Chanuki - masz rację. Święto świateł rozpoczyna się w tym roku 11 grudnia po zachodzie słońca i trwa do 19 grudnia. Pewnie pojawi się wzmianka (jak znam siebie raczej dłuższa, niż krótsza:) na Bobe Majse...

    Pozdrawiam Was mocno,
    Ola

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wiedziałam, że Chanuka po polsku jest odmienna, znam to święto wyłącznie z literatury anglojęzycznej, stąd tak niezręcznie napisałam. Się poprawię;) Co do ortografii, zetknęłam się z pisownią w dwu wersjach nawet chyba częściej przez H niż przez CH (znowu mówię o literaturze anglojęzycznej).

    OdpowiedzUsuń
  8. Oleńko,

    Nic nie musisz korygować, dobrze napisałaś. Ja trzymam się polskiej wersji, bo - jak już wiesz - mój angielski jest so-so ;)

    Ciepło Cię pozdrawiam,
    Też Ola :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Kurde Olu, zachecilas mnie, chyba sie tam wybiore kiedys! Mam nadzieje ze ksiazek wzietych ze soba nie konfiskuja :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Maćku, nie konfiskują. Wspomniana bramka zapewnia także komfort gościom, którzy przychodzą ze swoją lekturą. Gorąco polecam Ci to miejsce. Już chyba nawet nie muszę wspominać, że obowiązuje tam zakaz palenia. Miłego weekendu, Ola

    OdpowiedzUsuń
  11. Tego rodzaju herbatę z listkami mięty, jakby świeżymi, serwowano w restauracji jemeńskiej w Rishon Leizion, gdzie zaproszono nas po negocjacjach. Pyszna taka herbatka. A i kuchnia izraelska, te ich humusy, pasty bakłażanowe, sezamowe - niczego sobie.

    Ale odprawy na ichnim lotnisku, czyste wariactwo. I tak cieszę się, że nie aresztowali na dwa tygodnie mojego laptopa, gdyż i o takich przypadkach słyszałem od znajomych.

    Choć z drugiej strony nie ma co się dziwić, państwo frontowe.

    OdpowiedzUsuń
  12. Danielu, gratuluję wspaniałych podróży! W poście nie nadmieniłam, że "Cheder" to połączenie tradycji aszkenazyjskiej i sefardyjskiej. Do tej drugiej - poza muzyką - nawiązują serwowane w lokalu smakołyki.

    OdpowiedzUsuń
  13. Aż zazdroszczę Wam, że mieszkacie w Krakowie, bo już chciałbym poczuć tę atmosferę Chederu, ale cóż... z Wybrzeża troszkę daleko do tych smakowitości :). Pozdrawiam z Gdyni

    OdpowiedzUsuń
  14. A czemu ta izraelka kawa w arabskim findzanie, z arabskimi napisami?

    OdpowiedzUsuń
  15. najlepsze findżany robią arabowie - zresztą kultura arabska jest częscią kultury izraela - ten findżan jest izrealski, co nie musi odrazu oznaczać że jest żydowski...

    OdpowiedzUsuń