niedziela, 3 maja 2015

Lecha dodi


Tak się składa, że ostatnio sporo podróżuję komunikacją miejską. Gdy Piotr jest w domu, nie ma telekonferencji, nie biegnie na hiszpański, lub siłownię - wychodzi po mnie na przystanek tramwajowy. Czeka po drugiej stronie ruchliwej ulicy. Ja wypatruję Jego, a on mnie, dlatego zawsze wsiadam do ostatniego wagonu i stoję jak najbliżej okna. Machamy do siebie, a potem spacerkiem wracamy do domu, po drodze często kupując coś słodkiego na deser. 

Ale wcześniej wysyłam Mu z umówionego miejsca wiadomość: “Lecha dodi likrat kala” - hebr. “Wyjdź mój ukochany naprzeciw swojej ukochanej.” Wszystko jest tak obliczone, że dociera równo z tramwajem. 

 

“Lecha dodi likrat kala...” to początek szabatowej pieśni, ale świeckie zastosowanie słów konsultowałam z izraelskim znajomym. Oto, co napisał: “To są rzeczywiście fragmenty modlitw i cytaty ze świętych pism, ale używanie ich w nowohebrajskim jest przyjęte (często właśnie żartobliwie) i nie jest żadną profanacją - chyba że w oczach ultraortodoksów.”
 

6 komentarzy:

  1. Ladne.
    A my wrocilismy , choc jeszczd nie calkiem, z Izraela.
    Serca zostaly w Jerozolimie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ jesteście cudownie romantyczni! Nie to, co my... ;-)

    OdpowiedzUsuń