niedziela, 24 sierpnia 2014

Tykocin


Z kuchni dochodziły obiecujące i bardzo żydowskie aromaty. W samym sercu uroczego miasteczka, w piwnicach dawnego Domu Talmudycznego. Koza w nazwie uliczki i na restauracyjnym szyldzie. Głód wrażeń, także tych gastronomicznych. Długa droga do Tykocina. Prowadziły marzenia, plany, GPS i mechaniczne konie, a od progu „Tejszy” już tylko nos, który stanowczo nakazał zostać i nie szukać dalej.

Rozsiedliśmy się wygodnie, wyłuskując z menu dania inspirowane kuchnią żydowską.
– Kurczak na słodko, kugel i bigos żydowski – wyrecytował kelnerce uśmiechnięty od ucha do ucha Piotr.
Gdy odeszła, cicho zanuciłam:

„Tych miasteczek nie ma już
Okrył niepamięci kurz
Te uliczki, lisie czapy, kupców rój
Płotek z kozą żywicielką
Krawca Szmula z brodą wielką
Co jak nikt umiał szyć ślubny strój

A zakochane oczy lśnią
Otula się liliową mgłą
Zapomniany świat i płynie, płynie w dal
Z kogucim i baranim łbem
Na białej chmurze ginie, hen
Tak, jak malował pan Chagall…” *

– Czy ktoś mnie wołał? – usłyszeliśmy nagle.
W drzwiach restauracji stał siwy mężczyzna o łagodnych, rozmarzonych oczach.
– Kto to… – Piotr nie dokończył, gdyż przybysz podszedł do naszego stolika i zdecydowanym ruchem odsunął wolne krzesło.
– Kto? Kto? Pan mnie nie zna? – zapytał. Marc Chagall we własnej osobie!
W tym momencie podeszła kelnerka i postawiła na stole dymiące talerze. Skierowała w stronę gościa pytające spojrzenie.
– Dziękuję – odparł przybysz. Popatrzę, jak tych dwoje pałaszuje – zachichotał. – No, jak tam?
– Mmmm – przez dłuższą chwilę nie byliśmy w stanie wydobyć z siebie nic więcej, a potem… popłynęła rzeka słów.
– Już dość tych pochwał – powstrzymywał przybysz. – Myślałby kto, prawdziwa żydowska kuchnia! – prychnął. – Nie obrażajcie mojej matki i babki.
– Przynajmniej kugla proszę spróbować – zachęcałam.
– To ma być kugel?! Prawdziwy kugel robi się z makaronu, a to zwykła babka ziemniaczana. Swoją drogą, wyśmienite danie.
Tu głos mu złagodniał, jakby w duchu uśmiechał się do wspomnień.
– Ciotka Mariasza robiła to najlepiej. Do tartych ziemniaków dodawała kawałki tłustej gęsi. Gdy tłuszcz się topił, gęsina wsiąkała w ziemniaki, tworząc przepyszne skwarki.
Zamilkł, by za chwilę dodać – zwykłym już tonem – A prawdziwy kugel to makaron! Na słodko, lub na słono. Aaaaale, o czym my mówimy w czasach, gdy synagoga jest muzeum, Dom Talmudyczny restauracją, w dodatku niekoszerną, a kirkut pastwiskiem dla koni.
– Chodźmy na spacer – zaproponowałam.
Obeszliśmy całe miasteczko, wszystkie ulice, uliczki, zaułki. Podziwialiśmy synagogę, kościół, murowane domy i drewniane domki. Zardzewiałe furtki, zapraszające ganki i kamienne stopnie. To był zwykły dzień tygodnia. Ludzie wracający z pracy ostatnim busem, młodzi wiekiem i stażem małżonkowie na spóźnionej sesji zdjęciowej w plenerze… 
Marc Chagall milczał, przyglądając się wszystkiemu uważnie.
– Ręka już nie ta – westchnął przy pożegnaniu. Szkoda. Namalowałbym Tykocin.


 










 

 



* fr. piosenki „Tak, jak malował pan Chagall”, sł. Wojciech Młynarski, muz. Leopold Kozłowski

2 komentarze:

  1. Byłam w Tykocinie, dość dawno.
    Trochę żal synagogi - muzeum to atrapa życia. Chociaż przynajmniej nie niszczeje. No i fakt, że nie ma tam sklepu, też coś znaczy.
    Ela

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muzeum nie udaje życia, chociaż tyle.

      Usuń