W Kocku jest pewien niezwykły dom. Nie wiadomo kiedy powstał. W połowie XIX wieku, a może w dwudziestoleciu międzywojennym? Do tego hybryda architektoniczna: ganek ala' polski dworek i dziesięcioboczna wieżyczka nad głównym, narożnym wejściem. Zbudowany z drewnianych bali, osiadł ciężko u zbiegu ulic Polnej i Wojska Polskiego.
Dom cadyka, zwany także Rabinówką. Legenda wiąże go z osobą Menachema Mendla Morgenszterna - jednego z najsłynniejszych przywódców chasydzkich. Ostatnie dwadzieścia lat życia Kocker Rebe spędził w odosobnieniu - zamurowany w sali modlitw swojego domu. Czy była to owa intrygująca, narożna wieżyczka? Dzisiaj niezamieszkana. Z szacunku dla cadyka, czy dlatego, że w niej straszy? Nie wiadomo.
Na drzwiach wejściowych znalazłam chrześcijański znak: imiona trzech króli i datę. Tak wyraźny, jakby skreślony wczoraj. Zatem niewątpliwie mieszka tu duch, duch historii. Zmiennej, dodajmy.
Legenda contra fakty. Mistycyzm contra sensacja. Po 1924 roku dom należał do Josefa Morgenszterna, który zginął wraz z rodziną w czasie bombardowania Kocka, 9 września 1939 roku. Zbudowany na terenie posesji bunkier ochronił rabina i jego bliskich tylko i aż przed Holokaustem. Szczątki rozerwanych ciał zwisały z gałęzi drzew owocowych w ogrodzie, niczym zapowiedź bliskiej już Zagłady.





Abraham, Izaak i Jakub to trzej patriarchowie, od których wszystko się zaczęło. Wszystko, czyli narodziny judaizmu. Kiedy? W XX-XVII w. p.n.e.
Abraham zawarł przymierze z Bogiem. Za swą wiarę i wierność Bogu otrzymał w darze ziemię Kanaan. Znakiem tego przymierza było obrzezanie, dlatego Abraham nazywany jest ojcem religii żydowskiej.
Synem Abrahama był Izaak, a synem Izaaka Jakub. Dwunastu synów Jakuba dało początek dwunastu plemionom Izraela, dlatego uważa się go za ojca narodu żydowskiego.
Izaak miał dwóch bliźniaczych synów: wspomnianego już Jakuba i Ezawa. Pierwszy urodził się Ezaw, trzymany za piętę przez niewiele młodszego Jakuba. Ezaw był zapalonym myśliwym, lubił otwartą przestrzeń i nie straszne mu było surowe życie. Jakuba charakteryzował spokój, delikatność i inteligencja. Był ulubieńcem matki - Rebeki, ale to pierworodnemu przysługiwało prawo przejęcia po śmierci ojca plemiennego przywództwa.
Pewnego razu Ezaw, wróciwszy do domu zmęczony i głodny, zastał brata nad miską aromatycznej soczewicy. I stało się. Wiele nie myśląc, za odrobinę strawy sprzedał Jakubowi prawo do pierworództwa.
Minęło kilka lat. Stary i ślepy Izaak poprosił Ezawa, aby wyruszył na polowanie, a po powrocie przygotował ojcu ulubione danie z dziczyzny. Po jego spożyciu miał pobłogosławić syna jako pierworodnego. Usłyszawszy to Rebeka obmyśliła podstęp. Ugotowała koźlę, odziała Jakuba w szaty Ezawa, a na jego ręce i szyję nałożyła zwierzęce skóry, aby przypominał swego owłosionego brata. Izaak nie rozpoznał Jakuba i udzielił mu błogosławieństwa pierworodnego. Gdy prawdziwy Ezaw wrócił z polowania, a Izaak odkrył oszustwo - błogosławieństwa nie można już było cofnąć.
Składniki:
- 2 marchewki
- 1 pietruszka
- 1/4 selera
- 1/2 pora
- 150 g czerwonej soczewicy
- 200 ml kwaśnej śmietany
- 3 łyżki posiekanej kolendry
- 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
- świeżo mielony pieprz
- sól
W oryginalnym przepisie tego składnika nie ma, ale - jeśli ktoś lubi mocniejszy smak - można dodać kostkę / dwie bulionu.
Przygotowanie:
Warzywa obrać, pokroić, wrzucić do garnka, zalać 3 litrami wody. Gotować do miękkości. Soczewicę wypłukać na sicie, aż woda nie będzie mętna, dodać do wywaru wraz z kminem i gotować do miękkości. W razie potrzeby zebrać szumowiny. Zupę doprawić solą i zmiksować na krem. Na talerzu dodać śmietanę, posypać pieprzem, oraz kolendrą.
Przepis pochodzi z książki "Przysmaki żydowskie we współczesnej kuchni" Estery i Malki Kafka.


Ja: Zahar, pamiętasz naszą rozmowę w "Starce"? Wiesz, Twoje spostrzeżenia odnośnie ludzi po przyjeździe do Izraela i po pierwszej od wielu lat wizycie w Polsce...
Zahar: Chodziło mi oczywiście o konfrontację oczekiwanych stereotypów z rzeczywistością. Te "sabry" i "kibucnicy" - często jaśni, często blondyni, czasem z niebieskimi oczami i wysocy, nie wyglądali mi na Żydów, jakich sobie wyobrażałem. Zresztą faktycznie czytałem później, że statystycznie to pokolenie po Holokauście jest wyższe, zdrowsze i mocniejsze od swych rodziców. Ale to nie tylko to - również ich zachowanie, sposób chodzenia, pewność siebie - to też było odwrotnością moich pojęć "żydostwa". Na pewno miało to związek z faktem, że naprawdę czuli się "panami" i właścicielami tego kraju, a nie gośćmi, często niepożądanymi, w kraju innych.
A w Polsce było na odwrót. Przyjechałem po raz pierwszy z początkiem listopada 1986 roku - jeszcze za "komuny". Polacy wyglądali mi ciemni, niscy i niepewni siebie. Wielu chodziło w czapkach i kapeluszach (a w Izraelu tylko religijni tak chodzą). I nawet u każdego wydawało mi się, że widzę duży, żydowski nos... Pozory mylą. Choć z drugiej strony: na pewno jest tyle zamieszania w tych naszych genach, że może naprawdę wszyscy jesteśmy trochę Żydami i trochę Polakami? W to najbardziej chciałbym uwierzyć.
/Zahar M, obecnie mieszka w Izraelu, wyjechał z Polski w 1961 roku, mając 18 lat i 3 miesiące/

Tablice Dekalogu.
Nie zabijaj!
Macewa.
Zwieńczenie muru krakowskiego getta.

Jedną świeczkę - na wyraźną prośbę - zapaliłam w czyimś imieniu.
W dzisiejszym Dużym Formacie Gazety Wyborczej wywiad z Łukaszem Baksikiem - autorem wystawy "Macewy codziennego użytku", prezentowanej w Centrum Sztuki Współczesnej na Zamku Ujazdowskim w Warszawie.
Przysucha. Obora.
Szczecin. Murek dziecięcej piaskownicy.
Wioska na Zamojszczyźnie. Schody do domu.
Inowrocław. Bruk przed liceum.
Kazimierz Dolny. Ogrodzenie szkolnego boiska.
Warszawa. Pergola w Parku Szypowskiego.
Zator. Bruk na podwórku.
Pakość. Kapliczka "Drugi upadek".
Topczewo. Nagrobek katolicki.
Lublin-Głusk. Krawężniki.
Końskie. Budynek gospodarczy.
Pyzdry. Spichlerz.
Brzeziny. Most.
Koła szlifierskie, żarna...
Budulec? Macewy, lub fragmenty macew.
Nie ranią oczu, nie psują smaku porannego chleba, nie zakłócają spokojnego snu...
"Dno jest blisko i nie ma miejsca na metaforę" (Hanna Krall "O smutku ryb").
