"Tylko zegar stary imię zna, Jakie Anioł Czasu ma - Imię, które wielką ciszą brzmi: Icyk, Bejnisz, Dawid, Eliasz, Szem, Jeszajahu, Menachem, Ethel, Sara, Mani, Cwi...
Te imiona nadaj mi."
/fr. piosenki J.Steczkowskiej "Ma-ko maszme-lon"/
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Przypomniała mi się nasza tegoroczna wyprawa na Podlasie i... Tykocin. Miasteczko nr 2, w moim prywatnym rankingu zaraz po Kazimierzu Dolnym. W restauracyjce "Tejsza" (jid. koza) kosztowaliśmy potraw inspirowanych kuchnią żydowską. Lokal mieści się w piwnicy Domu Talmudycznego i z pewnością nie można go nazwać klimatycznym, ale... gotują przednio. Na ogródek było za zimno, my głodni, weszliśmy więc do środka. Kilka elementów wystroju zraniło moje oczy, jednak nos kazał zostać. Z kuchni dochodziły obiecujące i baaaardzo żydowskie aromaty. Zamówiliśmy kurczaka na słodko, bigos żydowski, kugel.
Tegoroczna jesień nie rozpieszcza słońcem, a ja tęsknię za Tykocinem. Gdzie najlepiej ukoić tęsknotę? Przy stole, nad złocistym jak słoneczko kuglem.
Przygotowanie: Ziemniaki obrać, umyć, zetrzeć na tarce o małych oczkach, przełożyć na sito i pozwolić im swobodnie odcieknąć (nie odciskać). Cebule obrać, połowę pokroić w kostkę i zeszklić na oliwie. Resztę zetrzeć na tarce o małych oczkach. Do osączonych ziemniaków dodać startą cebulę i pozostałe składniki, dokładnie wymieszać. Masę przełożyć do wysmarowanej masłem formy, lub żaroodpornego naczynia. Piec ok. 45 minut w temperaturze 200 stopni. Można jeść solo, ze śmietaną, lub różnymi sosami.
Przepis pochodzi z niedawno zakupionej, uroczej książeczki "Przysmaki żydowskie we współczesnej kuchni" Estery i Malki Kafka.
Jeśli chcecie obejrzeć "coś innego" - gorąco polecam izraelski film "Uszpizin" (ang. 'Ushpizin'). W sam raz na pożegnanie święta Sukot! Aby w pełni zasmakować w tym filmie, a może i w pełni go docenić - służę garścią informacji j.n.
Sukot, zwane także Świętem Szałasów, lub Kuczek upamiętnia 40-letnią wędrówkę Żydów z niewoli egipskiej do Ziemi Obiecanej - czas, kiedy Żydzi mieszkali w namiotach. Dlatego przez 7 dni w roku dzieci Izraela przenoszą się do zbudowanych własnoręcznie szałasów, by tam ucztować i spać, a w niesprzyjającym klimacie (święto wypada w miesiącu tiszri - wrzesień / październik) - spożyć przynajmniej jeden posiłek dziennie. Szałasy, altany, budki - najczęściej drewniane, dekorowane od wewnątrz roślinami, wycinankami, dywanami, nakrywane "dachami" z gałęzi i liści, przez które widać gwiazdy, wyrastają jak grzyby po deszczu na podwórkach, balkonach i gankach żydowskich domów.
Każdego dnia święta Sukot przychodzą do ucztujących w szałasach Żydów niezwykli goście (hebr. uszpizin): Abraham, Izaak, Jakub, Józef, Mojżesz, Aaron i Dawid. Przywoływani stosowną formułą aramejską uświetniają swą obecnością świąteczny czas. Równie mile widziani są goście z krwi i kości: znajomi, przyjaciele, krewni.
Symbolem święta - oprócz szałasu (hebr. suka) są 4 rośliny: palma, mirt, wierzba i etrog. Z liści palmy, gałązek mirtu i wierzby tworzy się rodzaj palemki (hebr. lulaw), zaś etrog to rodzaj cytrusa, przypominającego trochę cytrynę, a trochę limonkę. Każda z roślin ma swoją bogatą symbolikę: - etrog: doskonałość Abrahama; ma smak i zapach, a więc symbolizuje Żyda, który zna Torę i czyni dobro - palma: spętany na ołtarzu ofiarnym Izaak; nie ma zapachu, ma smak, a więc symbolizuje Żyda, który nie zna Tory, ale czyni dobro - mirt: płodność Jakuba; ma zapach, nie ma smaku, a więc symbolizuje Żyda, który zna Torę, ale nie czyni dobra - wierzba: śmierć Józefa jako pierwszego z 12 braci; nie ma zapachu, ani smaku, a więc symbolizuje Żyda, który nie zna Tory i nie czyni dobra
Pobożny Żyd udaje się do synagogi, z palemką w prawej, a etrogiem w lewej dłoni i potrząsa roślinami na cztery strony świata, oraz w górę i dół, dając tym samym znak wszechobecności bożej. Siódmego dnia okrąża się z lulaw siedmiokrotnie synagogę, a następnie uderza gałązkami o krawędzie ławek i posadzkę, ogołacając je z liści, co ma symbolizować oczyszczenie z grzechów.
No dobrze, a film? - zapytacie nieśmiało.
Mali i Mosze Belanga są biednym, bezdzietnym małżeństwem. Nie mają pieniędzy na czynsz, ani przygotowania do Sukot. Ich lodówka świeci pustkami, ale serca przepełnia żarliwa wiara w boską opiekę. W rzeczywistości potrzebują czegoś więcej. Potrzebny jest im... cud! Gdzież łatwiej o cud, niż w Świętym Mieście - Jerozolimie?! A jednak... nic za darmo. Mali i Mosze zostają poddani próbie. Do ich szałasu przybywają niezapowiedziani i sprawiający kłopoty goście, w dodatku goście z tzw. przeszłością. Jakim problemom będzie musiał stawić czoła Mosze? Co stanie się z wyjątkowej urody etrogiem, z którego Mosze tak bardzo był dumny? Czy prawdą jest, że dobrymi chęciami brukują piekło, a cuda chodzą parami?
Pamiętacie jeszcze mojego posta pt."Nie całkiem nowa piosenka"? Przez chwilkę ponudzę Was datami... Czwarty lipca - uczestniczę w wykładzie "Klezmerzy na manowcach". Czwarty / piąty lipca - piszę swoją wersję znanej żydowskiej piosenki "Dona dona". Pierwszy sierpnia - zwiedzam Muzeum na Majdanku. Dziewiąty sierpnia - na stronie lubelskiego Ośrodka "Brama Grodzka - Teatr NN" znajduję informację j.n.
"Elżunia - najprawdopodobniej żydowska dziewczynka. Wiemy o niej tylko to, co zapisała w formie wiersza na skrawku papieru:
Była sobie raz Elżunia, umierała sama, Bo jej tatuś na Majdanku, w Oświęcimiu mama.
Karteczka z wierszykiem była ukryta w buciku znalezionym na Majdanku. Dziewczynka napisała jeszcze, że ma 9 lat, a piosenkę śpiewała na melodię: "Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga."
... trzy Panny Haberfeldówny! Ściskając dłoń (a co śmielsi szyjkę) proszę uważać, bowiem panie wiele przeszły, a i swoje lata mają. Czyż jednak nie są urocze, a ich kondycja przednia? Każda innej postury i wzrostu, ale można uchwycić siostrzane podobieństwo. Wiodącym niegdyś bogate salonowe życie pannom towarzystwa dotrzymuje dziś Amor. Haberfeldówny wprost za nim przepadają i... chyba wciąż liczą na jego dyskretną pomoc. Nie oburzajcie się, Moi Mili. Nigdy nie jest za późno na miłość.
Nigdy nie jest za późno na miłość... Na przykład kolekcjonerską. Pasjonata przeszłości poznałam niedawno w moim rodzinnym mieście. Przed Gwiazdką (post "Jedz ryby, córeczko") obiecałam sobie powrót do Oświęcimia, by odczarować to miejsce. Udało się! Swą opowieść w odcinkach zaczynam od... końca, czyli prezentu, jaki dostałam od Mirka. Trzy Panny Haberfeldówny - oryginalne butelki z przedwojennej Fabryki Wódek i Likierów Jakóba Haberfelda.
Wiśniówka, korzeniówka, pomarańczówka, rum... Jak się pewnie domyślacie, nie cała historia żydowskiej fabryki i rodziny oświęcimskich przemysłowców jest słodka, ale o tym nie dzisiaj, nie dzisiaj. Chcę się nacieszyć niezwykłymi prezentami, bo i dziergany Amor do takich należy. Serwetę zrobiła BB-Italia, a ja otrzymałam go za... gadulstwo:)
Tuż przed kąpielą. Mirek miał rację, że to wielka przyjemność... własnoręcznie przywrócić im blask.
Stare i nowe, dawniej i dziś - pod takim hasłem powstają czasami albumy, lub wystawy fotograficzne. Przedwojenny widoczek miasta i jego współczesny odpowiednik. Pomyślałam, że to samo warto zrobić w przypadku żydowskich miejsc Krakowa. Na pierwszy ogień poszła urokliwa brama na skrzyżowaniu ulic Bożego Ciała i św. Wawrzyńca. Gdy oba zdjęcia leżały już obok siebie, czegoś zabrakło i... powstało zdjęcie trzecie. Czarował Piotr i komputer.
fot. Agencja Światowid, lata 20-te XX wieku, zdjęcie pochodzi z albumu Stanisława Markowskiego "Krakowski Kazimierz. Dzielnica żydowska"
"Czy mnie jeszcze pamiętasz? Dowód na to mi daj..." (fr. piosenki Czesława Niemena)
Za trzymanie kciuków, wszystkie ciepłe, wspierające komentarze i maile. Czy z Wami mogło się nie udać?! Bobe Majse obronione!:) Wiele dobrych słów usłyszałam. Buzia jeszcze mi się śmieje. Kwiatuszek dla Was.
Kochani, trzymajcie za mnie mocno kciuki! Jutro ok. 10:15 bronię pracę, a tym samym kończę podyplomowe studia "Żydowski świat..." Przypomnę tylko, że ową pracą jest... Bobe Majse:) Prawdziwy żydowski Sądny Dzień (tak, tak, właśnie rozpoczął się Jom Kipur), ja na antybiotyku (po powrocie z Podlasia przyplątała mi się paskudna infekcja), a Bobe Majse jak... morze Talmudu (przepraszam za to nader śmiałe porównanie). Miałam więc swoje Jamim Noraim (straszne dni), a teraz pozostaje mieć nadzieję, że na obronie nie będę fruwać nad komisyjnym stołem jak - nie przymierzając - biała kura poświęcana w rytuale kaparot.