Z tą opowieścią nie będę czekać do lipca, choć miesiąc ten, a jeszcze lepiej jego 17 dzień, byłby idealny na wspomnienia. Dla mnie stanowią one czystą magię, a magią (no, może poza czarną) warto się dzielić, więc... opowiem już teraz.
17 lipca 2003 roku był dniem szczególnym, dniem mojego ślubu. Skromna cywilna uroczystość i równie skromny, choć pod dobrym adresem, obiad dla garstki gości. Bodajże przy deserze moja przyjaciółka wspomniała, że dzisiaj, w którejś z księgarń w okolicy Rynku Roma Ligocka podpisuje swoje książki. Ja byłam wówczas po lekturze dwóch: "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku" i "Kobiety w podróży".
Obiad dobiegł końca, pożegnaliśmy gości. Wracamy z Piotrem do samochodu słoneczną ulicą Sławkowską. Przed drzwiami jakiegoś sklepu stoi kilka osób. Dziwne w tych czasach, pomyślałam. Zaraz, zaraz, przecież to księgarnia. Zdążyłam jeszcze szepnąć "niemożliwe" i już byłam w środku. Nie w ślubnej sukni wprawdzie, tylko białej garsonce, za to z naręczem kwiatów. Kilka spojrzeń w moją stronę, kilka uśmiechów. Głupio tak stać i skupiać na sobie uwagę, no i pasować jak przysłowiowa pięść do oka, lub kwiatek do kożucha. Przecież nie mam ze sobą książek, a kwiatów pozbywać się nie chcę...
Wróciliśmy do domu, żeby ochłonąć, odpocząć i choć trochę oswoić się z "odmiennym stanem cywilnym". Dzień się jeszcze nie skończył, w planach mieliśmy bowiem wieczorne spotkanie ze znajomymi w jednym z przyrynkowych letnich ogródków. Mimowolnie sięgnęłam po książki Ligockiej i... mój ślubny bukiet. "Przecież to spotkanie z czytelnikami już dawno się skończyło" - powiedział Piotrek, ale ja udałam, że nie słyszę.
Pobiegłam na Sławkowską. Księgarnię właśnie zamykano. "A, to pani! Zapamiętaliśmy panią" - powiedziała sprzedawczyni. Potem zawahała się przez moment i dodała: "A Pani Roma ze znajomymi siedzi - o tam - w tamtej winiarni". Podziękowałam i nieśmiało zbliżyłam się do wskazanego stolika. "Witamy naszą pannę młodą! Proszę usiąść z nami" usłyszałam. Było miło i serdecznie. Panią Romę wzruszył ślubny bukiet. "Czy pani wie, że ja maluję żydowskie narzeczone?" - spytała. Wiedziałam. "To ja pani prześlę jeden taki rysunek". Z kolei znajomi Autorki zaoferowali trzy książki z aktualnej oferty Wydawnictwa. Niezwykłe spotkanie, ciepłe przyjęcie, nieoczekiwane prezenty (no i wino) sprawiły, że zaszumiało mi w głowie i poczułam się w tym wyjątkowym dniu jeszcze bardziej szczęśliwa.
Minął jakiś czas. Doszła przesyłka z Niemiec. Narzeczona na akwareli ma włosy blond i niebieskie oczy. Czy to echa tzw. "dobrego wyglądu" jako synonimu życia, spokoju i szczęścia? Otrzymałam też obiecane książki. Dzięki nim spełniło się moje marzenie o idealnym prezencie ślubnym, książkowym właśnie. Gdy koleżanki pytały mnie, co chciałabym dostać, lub co by mi się przydało, prosiłam tylko o jedno - książkę. "Zwariowałaś?! Książkę to ja ci mogę kupić na urodziny, ale nie na ślub!" - usłyszałam od jednej. Inni zlekceważyli moje słowa, upatrując ich źródła w stresie (w czym jeszcze - wolę nie myśleć).
A jednak były wymarzone książki i dar, który nie mógłby mi się chyba nawet przyśnić, magia i... pamiątka po tamtym spotkaniu utrwalona już na zawsze. Kto czytał "Tylko ja sama" Romy Ligockiej domyśla się, o czym mówię.





"Podnoszę wzrok znad książki, którą właśnie podpisuję, i w ciemnym kwadracie drzwi dostrzegam postać kobiety w bieli. Dziewczęca sylwetka, biała suknia - kwiaty we włosach. Panna młoda? U jej boku mężczyzna w ciemnym garniturze. Ludzie rozstępują się przed nimi - szepczą zachwyceni. Wkracza młoda para. W środku księgarni wygląda to doprawdy całkiem nierealnie... Malina? Z bukietem ślubnym w dłoni stoi przede mną Malina - jak zwykle delikatna i trochę nieśmiała, ale z triumfalnym uśmiechem na ustach. Wyciągam do niej ramiona. Gorączkowe wyjaśnienia i raz po raz objęcia. Ludzie tworzą wokół nas krąg i przyglądają się zachwyceni. Malina ofiarowuje mi swój ślubny bukiet. Dużo małych białych różyczek - przyciskam je do piersi... W końcu z zamętu pełnych podekscytowania słów wyłania się jednak nieco jaśniejszy obraz. Malina pisała do mnie. - Dwa albo nawet trzy listy - mówi - ale wszystkie wróciły. - Tak, wiem - potrząsam z ubolewaniem głową - wiele listów wracało, gdy byłam w Ameryce. - Domyślałam się, że jest pani nadal za oceanem - mówi Malina. Dziś po południu odbył się nasz ślub. Później jeden z gości weselnych opowiadał, że słyszał w radiu o moim wieczorze autorskim. - Wiedziałam, że pani przyjedzie. Wiedziałam. Jest pani moim najpiękniejszym prezentem ślubnym - mówi Malina. - Byliśmy tu już przed godziną, ale nie chcieliśmy przeszkadzać - wtrąca jej milczący dotąd mąż. - A to jest Piotr - przedstawia Malina z dumą. Mężczyzna, choć wyraźnie starszy od niej, silny, miła okrągła twarz, ciemne włosy. Więcej nie da się w tym momencie powiedzieć. Goście weselni czekają w lokalu niedaleko stąd, więc młodzi po prostu mnie tam zabierają. - Jest pani moim prezentem ślubnym - powtarza Malina - musiało tak być." /fr. książki Romy Ligockiej "Tylko ja sama"/














